środa, 26 kwietnia 2017

3. Ashton.

- Panie Lahey!- silna ręka pani Oswald, nauczycielki matematyki uderzyła z całą swoją mocą o ławkę, za którą siedział Ashton, tym samym wyrywając go z głębokiego snu.
Ashton niepewnie odtworzył oczy, nie będąc pewnym, czy mina którą obdarzy go nauczycielka matematyki jest warta tego, by je otwierać. Zapewne nie, ale cóż mu pozostało? Przymusowe uczęszczanie na zajęcia wyrównawcze z matematyki i tak zawsze miały podobny skutek. Dodatkową godzinę do dobowej dozy snu.
- Tak, prze pani?- zapytał, uśmiechając się nieśmiało, jak niewiniątko, ale i tak wiedział, że pani Oswald widzi go przez te swe wielkie okulary jako coś w rodzaju Abbadona, albo Azazela. I widziałaby go tak, nawet, gdyby zaliczył wszystkie testy na szóstki. Co oczywiście nie było możliwe, ale to przecież tylko przykład. Ashton po prostu nie widział w matematyce ósmego cudu świata, co doprowadzało panią Oswald do białej gorączki.
- Pierwiastek z pięciu?- powiedziała wyzywającym głosem, jakby myślała, że gdy zrobi z tego pytania wyzwanie, Ashton chętniej na nie odpowie.
- Trzy przecinek...osiem...- zaczął chłopak, ale po jego minie dało się wywnioskować, że nie miał zielonego pojęcia o czym mówił.
- Starczy, panie Lahey. Jeszcze jeden taki raz, a wstawię panu jedynkę i będzie pan jedynym uczniem, który wyjdzie z zajęć wyrównawczych z jeszcze gorszą oceną- odpowiedziała rozgorączkowana kobieta, wymachując swoimi tłustymi dłońmi.- A pierwiastek z pięciu to dwa przecinek dwadzieścia trzy.
Ashton miał to szczęście, że siedział na samym tyle, w rzędzie, w którym stało biurko nauczyciela, co sprawiało, że ze swojego krzesła, nauczyciel nie miał szans go zauważyć. A lenistwo pani Oswald, która rzadko kiedy fatygowała się, by wstać ze swojego miejsca tylko pomagało mu w cotygodniowym ściąganiu na sprawdzianach.
Przy tablicy, lub bezpośrednim pytaniu, sprawy się jednak komplikowały.
Gdy otyła nauczycielka wróciła na swoje miejsce, co zakomunikowało trzeszczące pod jej ciężarem krzesło, Ashton znów położył głowę na ławkę, nie odważając się jednak znów zasnąć.
Przez kolejny i zarazem ostatni kwadrans lekcji Lahey wpatrywał się tępym wzrokiem w tablice, licząc na boskie błogosławieństwo, które pomogłoby mu zrozumieć chociaż jedno działanie na niej zapisane.
-Ale przynajmniej liczę, a chyba o to chodzi w matmie, nie?pomyślał, starając się rozweselić samego siebie. Wiedział jednak, że jego zdolności matematyczne nie są powodem do śmiechu. Na końcoworocznych sprawdzianach ściąganie jest niemożliwe, a ocena z nich wpływa w pięćdziesięciu procentach na ocenę końcową, a Ashton nawet ze ściąganiem miał E.Wolał nawet nie wyobrażać sobie tej satysfakcji na twarzy pani Oswald, gdy wpisywałaby mu wielkie, wytłuszczone czerwonym tuszem F.
Jego wewnętrzne rozterki przerwał dźwięk dzwonka, który oznaczał jego wolność. Najszybciej jak się tylko dało spakował książki do torby i wybiegł z klasy w akompaniamencie dezaprobatycznego spojrzenia pani Oswald.
Wybiegając z klasy z miejsca natknął się na Jasona i Coltona, co skłoniło go do zastanowienia, się, czy oni aby nie czekali na niego pod klasą.
- I jak było?- zapytał ironicznie Jason, dając Ashowi sójkę w bok.
- Ha, ha, ha, jaki ty zabawny- odparł mu niezbyt wesoło chłopak.- Jakbyś nie wiedział, że lekcje pani Oswald są jak przedsionek piekła.
Colton zaśmiał się, słysząc tę wymianę zdań.
- Śmiej się, dupku. Gdybyś tak jak ja miał matmę z Oswald to byś się tak nie śmiał- mówił do siebie w myślach Ashton, spoglądając na rozśmieszonego Coltona.
Colton był o rok starszym bratem Ashtona. Mimo iż był starszy i wyższy, w całej rodzinie chodziły plotki o tym, że mimo iż obaj chłopcy byli straszliwie do siebie podobni, to mimo to, Ashton jednak był przystojniejszy od starszego brata. Mimo iż za szczególne ciacha nie uważano żadnego z nich. Colton po prostu wyglądał bardziej... nudno? Nie, to chyba nie odpowiednie słowo. Po prostu wyglądał, mimo swojego wieku na mało rozgarniętego, piętnastoletniego mózgowca.
- Wiesz, przynajmniej masz przedśmiertne praktyki, i będziesz wiedział, czego się spodziewać w piekle- odparł po chwili Colton.
- Skąd wiesz, że pójdę do piekła?- zapytał podchwytliwie Ashton.
- Stary, już samo to, że kumplujesz się ze mną, zalicza cię do przyszłych mieszkańców piekła- odparł z uśmiechem Jason.
Ashton już od dawna dziwił się, czemu Jason nie należy do najbardziej popularnych i rozchwytywanych chłopaków w szkole. Miał wszystko, czego w tym wieku pragnęły dziewczyny; był bezczelny, napalony, zboczony, zabawny, przystojny i nawet wyglądał na obcokrajowca. Colton mówił Ashowi, że to przez to, że nie jest sportowcem, czy może ma za dużo z żyda, ale Ashton twierdził, że kryje się za tym inna historia. W gruncie rzeczy znał Jasona dopiero od dwóch lat, ponieważ chłopak wcześniej chodził do innej szkoły niż bracia Lahey.
Szli we trójkę przez szkolne podwórko. Za chwile mieli trening lacrosse'a. Eliminacje do drużyny miały się odbyć dopiero za dwa tygodnie, jednak ich trener Bill Oakstone chciał zobaczyć wcześniejszy skład, by wiedzieć, kogo z niego wyrzucić. Pomysł ten nie podobał się zbytnio Ashtonowi, bo przecież, jak trzeba być słabym by odpaść jeszcze w przedbiegach?
-No tak, trzeba być mną...- odpowiedział sobie w głębi duszy na nurtujące go pytanie.
Jak zwykle o tej godzinie na całym podwórku przed szkołą było jak w ulu. Pełno uczniów wymijało się na prawo i lewo. Jedni kończyli, inni szli na boisko, jeszcze inni szykowali się na kolejne zajęcia, spiesząc do budynków pod klasy.
Idąc w stronę boiska Ashton minął Flinta Overy'ego. Bożyszcze tej szkoły. Kapitana drużyny Lacrosse'a, głębokiego jak kałuża o ilorazie inteligencji marchwi. A jednak, jego wysoki wzrost, muskulatura i przystojna męska twarz sprawiała, że nie było w tej szkole dziewczyny, która przeszłaby obok niego obojętnie. Z czego Flint nie omieszkał się nie skorzystać i mimo iż jego dziewczyną była równie pożądana u płci przeciwnej Kimberly Greyson, to i tak każdy wiedział, że Flint nie jest typem, który zadowoli się jedną kobietą.
Przechodząc obok niego i grupki pochlebców zebranych wokoło kapitana drużyny Ashtonowi zebrało się na długie westchnienie. Wiele razy myślał sobie, jak fajne musi być bycie takim Flintem. Wiedząc jednak, że taka ścieżka szkolnej kariery próbował pocieszać sam siebie, że chyba lepiej pozostać sobą, niż być jakimś przystojnym tępakiem nie umiejącym odczytywać godzin z zegarka i wiązać sznurowadeł.
Gdy jednak wchodzili na boisko do lacrosse'a inteligencja (której za dużo według Ashtona nie było, bo jak mówił, większość jej wziął sobie wcześniej Colton uprzejmość, czy umiejętności obycia w każdym towarzystwie nie specjalnie się liczyły.
To było najgorsze. Mógłbyś być najgorszym debilem na świecie, a wystarczężebyś umiał złapać w siatkę piłkę i wrzucić ją do bramki, a staniesz się ubóstwiany.
- Po co z nami idziesz Colton, skoro i tak nigdy cię nie przyjęli?- zapytał Jason. To była kolejna jego cecha, kompletny, bezapelacyjny brak taktu. Ale bracia Lahey zdążyli się już do tego przyzwyczaić.
- Nie nigdy, tylko raz! W pierwszej klasie i... i to dlatego, że zjadłem wcześniej nie nieświeże kanapki i bolał mnie brzuch- wypierał się Colton.
- Ja słyszałem wersję, w której Kaarlo podał do ciebie piłkę, jednak ty zamiast ją złapać, odchyliłeś się tak, że trafiła ci ona w brzuch i się porzygałeś- odpowiedział rozchichotany Jason. Z całej ich trójki tylko on był w pierwszym składzie, choć też nie był zbytnio doceniany. Był w końcu jedynie bramkarzem. Ale i tak lepiej niż siedzący prawie przez cały sezon na ławce Ashton.
- Dwie wersje, obie prawdziwe- przyznał się wstydliwie Colton, który nie umiał zbyt długo kryć swych wad. Był naprawdę okropnym kłamcą.
- A tak w ogóle, to nie uwierzycie, co się wczoraj stało!- palnął ni z tego ni z owego Jason, gdy całą trójką usiedli się na trawiastej skarpie oddzielającą szkolne boisko od pól truskawek pewnego starszego małżeństwa zamieszkującego niedaleko budynków szkolnych. Ich szkoła znajdowała się na przedmieściach, toteż gdzie nigdzie dało się zaobserwować małe pólka.
- No co?- zapytał Ashton niezbyt entuzjastycznie. Słońce strasznie raziło go w oczy w tej pozycji.
- Jak byłem z mamą na zakupach to zobaczyłem tam Dereka Hale'a, i on coś kupował i tak się na wszystkich dziwne patrzył...- odpowiedział tonem podekscytowanego detektywa.
Bracia Lahey jednocześnie uderzyli się otwartymi dłoniami w czoło.
- I to wszystko z twojej wzruszającej historii?- zironizował Ashton, starając się przymknąć oko na głupotę przyjaciela.
- Boże, Jason, ty z każdym dniem stajesz się coraz głupszy. Robisz wielki raban wokół tego, że widziałeś Hale'a w sklepie? Rzeczywiście niebywałe- odparł Colton, który zawsze był bardziej ścisłym umysłem i literackie naciąganie rzeczywistości nie leżało w jego naturze.
- A widziałeś go gdzieś kiedyś? W parku, w sklepie, na ulicy?- bronił swego Jason.
- Gdybym go nie widział, nawet nie widziałbym, że ktoś taki istnieje.
- No tak, ale chodzi mi o to, czy widziałeś go, kiedy robił co innego oprócz stania i gapienia się w ten swój dziwny sposób...Przerażający taki. Wiesz o co mi chodzi.
- W sumie to ja nie widziałem- przyznał Ashton, dzielnie walcząc ze słońcem.
- Co nie zmienia faktu, że nie ma nic dziwnego w tym, że on był na zakupach!- zdenerwował się Colton, a raczej mały Einstein wszystko logicznie przeliczający w jego głowie.
- To nie chodzi o to. On się na mnie tak dziwne patrzył. Jakby...chciał mnie zabić!- Jason wydawał się bardzo podekscytowany tą sytuacją, i jak to on, gdy jego emocje i delikatne swirostwo wyjdą na wierzch, wszystko wyraźnie gestykulował, a i jego mimika twarzy dawała do zrozumienia, jak bardzo porusza go to, co mówi.
Był kompletną przeciwnością Ashtona, który był bardziej spokojny i wycofany i nigdy nie lubił być w centrum uwagi. Jednak kolegując się z Jasonem chwilami po prostu nie dało się zostać niezauważonym. Na przykład, gdy uznając, że potrawka podawana w stołówce jest niezjadliwa Jason stanął na stół i zaczął się nią smarować po twarzy, co miało chyba wyglądać seksualnie a wyglądało po prostu głupio. Lub gdy pani od fizyki poprosiła go do odpowiedzi, a Jason, gdy pani wpatrzona była w przeciwną stronę zamiast odpowiedzi namalował na tablicy wielkie męskie przyrodzenie, tłumacząc to tym, że pani od biologii za tak dokładne odtworzenie dałaby mu piątkę.
- Przesadzasz, Jason. Przecież Derek na wszystkich się tak patrzy, jak już gdzieś się zjawia, żadna nowość- poparł brata Ash.
- Może i prawda, ale ja widziałem już wcześniej Dereka i wiem, że teraz było inaczej! On mi próbował zaglądnąć w głąb duszy! Jak Ghost Rider!
Czasem Ashton miał wrażenie, że Jason powinien brać udział w debatach prezydenckich. Już po piętnastu minutach trwania takiej debaty każdy inny jej uczestnik nie wiedziałby co powiedzieć.
- Twoja głupota mnie przeraża- odparł chłodnym tonem Colton, kładąc się na trawie.
- Nie tak będziesz mówił, kiedy znajdziecie moje zwłoki w jakims opuszczonym magazynie, a nad nimi fapiącego do nich Dereka- obruszył się posturą przyjaciół Jason.
- Przed chwilą mówiłes, że jest mordercą, a teraz jeszcze nekrofilem?- zauważył Ashton, który już poważnie zaczął martwić się o zdrowie psychiczne przyjaciela.
- Patrząc na niego można uznać, że te dwie cechy idą ze sobą w parze- odparł na zarzut Ashtona Jason, który, jak każdy w szkole wiedział, był strasznym seksistą.
- A patrząc na ciebie można uznać, że debilizm i obsesyjność mogą iść w parze- odparował ciętą ripostą Colton.
- Tak, oczywiście, tacy z was przyjaciele? Pomyślę o was, kiedy ten typ dopadnie w ciemnej uliczce i poderżnie mi gardło z zamiarem masturbowania się przy moim martwym ciele!- Jason chyba naprawdę nie rozumiał, czemu bracia Lahey nie podzielają jego zdania.
- Nikt by nie płakał...- usłyszeli za sobą cichy, kobiecy głos. Tuż za nimi przechodziła akurat pani Blackley szepcząc w ich stronę, prawie nie ruszając ustami.
Jason wyraźnie tym razem nie wiedział co powiedzieć. Jego mama była jedyną osobą, która potrafiła sprawić, by umilknął.
Ashton wraz z bratem, gdy tylko nauczycielka chemii odpowiednio się oddaliła ryknęli śmiechem. Jason nie wyglądał na tak bardzo rozśmieszonego.
- Tak, śmiejcie się z moich życiowych tragedii- powiedział tonem obrażonej dziewczynki z rękoma skrzyżowanymi na piersi i ustami wydętymi w dzióbek.- Widzieliście gdzieś w ogóle Feliksa? Chyba tylko on jeden mnie zrozumie.
- Nie, jakoś ostatnio go nie widziałem- odpowiedział, gdy już nieco uspokoił swój śmiech Colton.
- Ja też nie- zawtórował jego młodszy brat.
- To pójdę go poszukać- zaoferował Jason, powolnie wstając z trawy i jeszcze raz rozglądając się dookoła, czy aby jego matka nie zbliża się tu z kolejną ciętą ripostą.
- Przecież za pięć minut koniec przerwy- odparł Ashton, wiedząc, że Jason jak co roku będzie w pierwszym składzie drużyny lacrosse'a jako bramkarz, więc i na treningi nie mógł się spóźniać, choć jego lekceważące podejście temu przeczyło.
- No to się spóźnię. Trener i tak nic mi nie zrobi.
Miał rację. Ich trener, którego chłopcy pieszczotliwie nazywali Billym był nieco...ostry? Tak, może to dlatego, że ich szkoła nigdy nie miała wielkich osiągnięć w lacrossie i Billy chciał wycisnąć z nich siódme poty by w końcu coś osiągnąć. Jednak mimo iż każdy normalny zawodnik (nawet Flint) zostałby bez skrupułów przez Billy'ego zbesztany za spóźnienie, to Jason był wręcz nietykalny. Nie chodziło tu o to, że Jason był pupilkiem trenera. Wręcz przeciwnie. Trener nie znosił Jasona, mogło to tyczyć się podobieństwa ich charakterów, albo czego innego, ale nie znosił go. Nie tyle co nie znosił. Po prostu opryskliwość trenera dawała się podwójnie we znaki Jasonowi. I mimo iż Billy potrafił besztać ich za nic, być dla nich wredny i opryskliwy, to i tak każdy wiedział, że w głębi siebie (czasem miało się wrażenie, że w wyjątkowo głębokiej głębi) jednak ich lubi.
- Tylko nie przyjdź na sam koniec- odpowiedział tylko do Jasona Ashton.- My chyba też będziemy się zbierać już do szatni, co?
- Przecież ja nie jestem w drużynie, zapomniałeś? Ja idę na trybuny popatrzeć- odpowiedział Colton, a gdy zabrzmiał dzwonek, chłopcy rozdzielili się idąc w swoje strony.
Szatnie znajdowały się w osobnym, małym, jednopiętrowym budynku obok boiska, w którym znajdował się również kantorek wuefisty, magazynek oraz łazienki. W środku było ciasno, jak to w szatni. Najbardziej zadziwiające było jednak to, że znajdowały się tu wielkie okna, które ukazywały każdego, kto akurat przebierał się w szatni.
Nie cieszyło to zbytnio Ashtona, bo patrząc na cały tłumek pierwszoroczniaczek ustawionych przed oknem z zamiarem ujrzenia Flinta bez koszulki, czuł się trochę głupio, wiedząc, że on również był w polu widzenia. A porównywanie go z Flintem mogło wyjść trochę...słabo.
Wszedł do jednego z zaułków, gdzie znajdowała się szafka z jego sprzętem. Ku jego zdziwieniu przy szafce obok niego schylała się jakaś dziewczyna szukając czego. Była to szafka Feliksa.
- To szafka Feliksa- zauważył Aston.
Gdy usłyszała go dziewczyna natychmiastowo się wyprostowała. Ashton dałby sobie głowę uciąć, że jeszcze nigdy jej nie widział. Aczkolwiek, jej twarz kogoś jej przypominała. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, kim jest wysoka, szczupła blondynka, którą w pierwszym momencie wziął za niezłą laskę.

- Boże święty, Feliks!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon