sobota, 1 kwietnia 2017

1. Kelly

Irytujące. To właśnie słowo jako pierwsze przychodziło na myśl Kelly Poiners, gdy miała opisać swoje życie. Co prawda nachodziło jej na myśl też wiele innych przymiotników- beznadziejne, głupie, bezsensowne, ale irytujące było najlepszym określeniem.
Bezsilność otaczała ją zewsząd.
Jednego dnia była wszystkim znaną, roześmianą Kelly, która na każdym w-f dawała w kość chłopakom z drużyny, spotykała się z najprzystojniejszym chłopakiem w szkole, a drugiego była nie smutną, milczącą dziewczyną, która nie ma rozeznania w świecie, w którym się znajduje.
Biały fiat punto poruszał się po gładko pod drodze, zostawiając za sobą ulice i zaułki Greymor, które przyjdzie jeszcze Kelly poznać. Wszystko było tu takie nowe. Inne niż Woodland, mimo iż dwa miasta dzieliła różnica zaledwie stu kilometrów. Zaledwie, lub aż. Dla związku Kelly z Brettem, było to aż sto kilometrów.
Greymor było mniejszym miastem niż Woodland. Niedużo, ale mniejszym. I mniej postępowym. Wiele ważnych budynków znajdowało się tu w odrestaurowanych zabytkach z XIX wieku. Zazwyczaj świeciło tu jasne słońce, nawet w zimne dni, jednak nie zmieniało to faktu, że nad całym miastem roztaczała się aura mroku i tajemnic. Na ulicach było bardzo mało osób. Czy w godzinach szczytu, czy nie, miasto mogło wydawać się puste. Wokoło okrążały je liściaste lasy, z początku jest w nich bardzo luźno, a drzewa są cienkie i młode, jednak im głębiej się wchodziło, tym obszar stawał się coraz bardziej zalesiony, na tyle, że wcale nie trudno było zgubić nawet słońce na niebie. Przedmieścia również były progiem do Greymorskich lasów, z których co noc słychać było wycie. W takich chwilach szczęściarzami byli Ci, którzy mieszkali w centrum.
Woodland było zupełnie inne. Klimat stosunkowo był taki sam, jednak całe miasto tętniło życiem. Wszędzie widać było szwendających się nastolatków, plotkujące starsze panie czy wracających z pracy dorosłych. I nawet powietrze wydawało się tam czystsze, jaśniejsze, jakby składało się z promieni słońca.
Ale nie było po co rozpamiętywać tych pięknych dni. Było, minęło, i teraz, Kelly była skazana na ponure Greymor.
Samochód stanął trochę gwałtowniej, niż planowała to mama Kelly, co ewidentnie było skutkiem jej prób równoległego parkowania.
Kelly spojrzała z grymasem na jej nową szkołę.
Również znajdująca się w odrestaurowanym zabytku szkoła zbudowana była z trzech członów, połączonych ze sobą mniejszymi przejściami umieszczonymi na wysokości mniej, więcej pierwszego piętra. Budynek był dość minimalistyczny nie licząc wymyślnych parapetów okiennych oraz trzech płaskorzeźb w kształcie drzew, splatających się gałęziami w miejscu gdzie korytarze łączyły ze sobą budynki. Dopiero po chwili dało się zauważyć, że budynki są postawione w kształt trochę krzywej litery 'U', w której środku znajdował się deptak dla uczniów, wyposażony jedynie w chwiejne ławki i kosze na śmieci. Za budynkami majaczył obraz dużego boiska oraz basenu.
Przed samym wejściem na teren szkoły stał duży głaz z przybitą do niego tabliczką, głoszącą , że budynek ten jest Zespołem Szkół Podstawowo-Gimnazjalno-Licealnych w Greymor imienia George'a Orwella.
Kelly ze zrezygnowaniem uderzyła delikatnie głową w szybę samochodową.
- Kelly, dlaczego nie widzę entuzjazmu na twej twarzy?- zapytała z ironią rodzicielka dziewczyny.
Pani Lauren Poiners można było zarzucić wiele, ale nie to, że nie zna swoich dzieci. Dla Kelly żartobliwy ton matki wcale nie wydał się dziwny. Miała ona dziwny zwyczaj zwalczania napięcia żartami i ten zwyczaj zazwyczaj nie działał jednak w rozmowach z najstarszą córką.
- Daj spokój, Kell, będzie dobrze. To liceum wygląda na sympatyczne. Zobaczysz, że się odnajdziesz i będziesz miała pełno kolegów- słowa jej matki wydawały się Kelly puste jak wydmuszki. Co ona mogła o tym wiedzieć?
- I co, Bretta może też tu znajdę?- warknęła niezadowolona.
Jej humor nie zawsze był taki. Tylko wtedy, gdy była mocno wzburzona, lub, w czasie głębszej rozmowy z matką. Kochała swoją rodzicielkę, tak samo jak wiedziała, że jest to uczucie odwzajemnione, ale jakoś nigdy nie szło im najlepiej z rozmowami. Nie umiały się w tym odnaleźć.
- Kelly, tego kwiata jest pół świata. Brett może i był pierwszy, ale nie ostatni- Lauren nie poddawała się.- Poza tym, nigdy go nie lubiłam- dodała żartobliwie, ale nie specjalnie to dziewczynę śmieszyło. Tym bardziej, że była to prawda, i chłodne spojrzenie, to zazwyczaj jedyne co jej mama miała do zaoferowania jej drugiej połówce. Gracz lacrosse'a nie nadaje się na męża. Myślisz, że byłby w stanie utrzymać rodzinę?- mówiła za każdym razem, gdy jej najstarsza córka wracała wieczorem cała w skowronkach z randki. Ale Kelly, która tego czasu żyła chwilą, jak powinien to robić każdy nastolatek, nic sobie nie robiła z jej słów.
- Co nie zmienia faktu, że takie brutalne wyrywanie mnie z mojego prywatnego swiata, to po prostu chamstwo- odparła nastolatka, nie skora do żartów.
- Słonko, przecież wiesz, że nie zrobiłam tego specjalnie. Mój oddział w biurze ubezpieczeniowym został usunięty w Woodland i zaproponowali mi w zamian pracę tutaj. Miałam wybór, albo Greymor, albo bezrobocie, a wiesz, że musimy z czegoś żyć- tłumaczenia jej mamy miały sens i były do zrozumienia, jednak Kelly tak strasznie kochała Woodland, że te słowa do niej nie docierały, lub raczej docierały w nieco innej wersji, niż zostały wypowiedziane.
- Oczywiście, że tak, bo nie mogłabym tam zostać i żyć jakoś na własną rękę!- młoda dziewczyna wiedziała, jak bezsensowna i niedorzeczna była ta propozycja, ale przecież tonący i tonącej brzytwy się trzyma.
- Dziecko, masz siedemnaście lat! Nie jestes jeszcze pełnoletnia, a i tak pewnie nie dałabyś sobie rady- obruszyła się pani Poiners.
Słowa te bardzo mocno ukuły Kelly. Nienawidziła tych słów. Nie dasz rady, trzy słowa, ale mogły zniszczyć wszystkie plany, jeśli zostały wypowiedziane przez odpowiednią osobę, mogły zrujnować wszystkie plany.
- Wiesz co? Daj mi spokój- powiedziała tylko po czym wyszła z samochodu, trzaskając przy tym drzwiami z taką furią, że gdyby akurat ktoś miał pomiędzy nimi szyję, pewnie potoczyłaby się ona po chodniku.
Szła ze swoim połatanym plecakiem zarzuconym na jedno ramię przez cały tłum uczniów. Liceum nie było duże, może po sześć klas w każdym roczniku, więc każdy każdego znał, nawet jeśli tylko z widzenia. W każdym razie, osoby takiej jak ona, trudno było nie zauważyć. Starała się isć prosto i emanować pewnością siebie. Podobno to przyciągało ludzi i miała nadzieje, że ten plus wygra z jej stylem grunge'owo-punkowym.
Nie udało się. Mimo iż szkoła była dość zróżnicowana kulturowo, to zróżnicowania zaczynało się dopiero u licealnej części uczniów, a i tu przeważał styl cheerleaderek i panienek z przedmieścia. Niektórzy tylko zerkali na nią okiem, inni bezczelnie patrzyli się jak na lewitującego, różowego bałwana. Nie żeby nie lubiła być dostrzeganą. Lubiła, ale wolała, gdy działo się to już wtedy, gdy wiedziała z jakimi ludźmi ma do czynienia. O tych nie wiedziała nic.
Spojrzała na swój plan lekcji. Miała teraz chemię. Musiała więc znaleźć klasę, w której odbędzie się lekcja, a znając jej zdolności orientacji w terenie, prędzej znajdzie przed końcem przerwy koniec tęczy z leprechaunem niż klasę numer 22.
Wchodząc przez ciężkie drzwi do budynku liceum, które znajdowało się w samym środku litery 'U', przekonała się, że nie należy oceniać książki po okładce.
Spodziewała się starych, zabytkowych wnętrz a'la Hogwart, a dostała typowe, amerykańskie liceum. Długi, pomalowany na obrzydliwe, zielone kolory śliską farbą korytarz z obu stron zastawiony był zwykłymi, szarymi szafkami. Oświetlenie było jasne niczym w szpitalu, a podłoga ciemna, kamienna i zimna. Na końcu korytarza stał nawet, o dziwo, nieprzewrócony kosz na śmieci i w pełni działający automat z batonami i napojami. Na ścianach w nieregularnych odstępach wisiały zdjęcia najsłynniejszych w całym hrabstwie, lub nawet stanie absolwentów, lub uczniów z najwyższymi średnimi na świadectwach końcowych. Większość jednak zdjęć była haniebnie przystrojona pisakowymi malowidłami. Nowoczesna moda na ozdabianie portretów nie omijała również iście pięknych słów pod adresem sportretowanych osób, lub nawet dyrekcji.
Panowała tu luźniejsza atmosfera, niż można było się na pierwszy rzut oka spodziewać.
Dziewczyna krzątała się nerwowo po korytarzu. Czuła się głupio, chodząc po nim samotnie, ale przecież nawet nie znała jeszcze swojej klasy.
Gdy skręcała w jeden z zaułków szkoły doszło do kolizji, między nią, a jakąś uczennicą.
- Przepraszam, rozkojarzona dzisiaj jestem- powiedziała, pocierając dłonią czoło i wstając z zimnej podłogi.
Spojrzała na nieszczęsną ofiarę jej harców.
Była to wysoka, szczupła blondynka, o twarzy rzucającej na myśl stare plakaty z modelkami wystylizowanymi na pin-up. Właścicielka tychże ślicznych rysów najwyraźniej zdawała sobie sprawę ze swojej urody, bowiem jej ubranie również było bardzo słodkie, dziewczęce, ale i seksowne. Wąska, czarna góra sukienki i jej dół w grochy świetnie kontrastowały się z figurą, a dodatki były dobrane tak strategicznie, żeby cały strój nie wyglądał starodawnie.
Kelly dałaby sobie głowę odciąć, że blondynka jest jakąś królową stylu w tej szkole i na zakupach tygodniowo spędza tyle czasu, ile Kelly nie spędziła przez całe życie.
- Spokojnie, jakoś to przetrwałam, ale następnym razem uważaj. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co by się stało z moją sukienką, gdybym miała w ręku kawę, albo jakiś inny napój- odparła dziewczyna, rozmasowując sobie bark.- Chwila, ty musisz być tą nową, prawda?
- Muszę i jestem- odparła, a po chwili dopiero zorientowała się, ze jej sława zaczęła ją wyprzedzać.- Chwila, czy w tej szkole gdy przychodzi jakiś nowy, to całe liceum musi o tym wiedzieć, zanim jeszcze dobrze wejdzie do szkoły?- zapytała podejrzliwie, a blondynka zachichotała krótko.
-Boże, ona nawet śmieje się, jak te głupiutkie modelki z lat pięćdziesiątych!- pomyślała zadziwiona tym faktem Kelly. Była pewna, że gdyby tylko jej rozmówczyni urodziła się jakieś sześćdziesiąt lat wcześniej, zrobiłaby zawrotną karierę.
- Nie, tylko ja i jakieś pięćdziesiąt innych osób- odpowiedziała. Tym razem to Kelly zachichotała. Wieści szybko rozchodziły się w tej szkole.
Blondynka wyciągnęła ku dziewczynie prawą dłoń.
- A więc witam w naszej budzie. Jestem Kimberly Greyson, przewodnicząca klasy II b, twojej nowej klasy- powiedziała. Jej ton, mimo iż mógł wyglądać na nieco samolubny, zbyt pewny siebie, czy znudzony, Kelly wydawał się jednak przyjazny.- Wygląda na to, że do moich obowiązków przypada zająć się tobą przez pierwsze kilka dni, aż się nie zaadaptujesz.
Kelly uśmiechnęła się niepewnie. Mimo iż ton Kimberly wydawał jej się przyjazny, to jednak miała swoje zdanie na temat takich dziewczyn. Przewodniczące klas w jej byłej szkole były zazwyczaj zarozumiałe i... uwielbiane przez chłopaków. Nic dziwnego, skoro każda jednak miała dłuższe nogi od drugiej.
Blondynka zrobiła gest ręką, wskazujący, że Kelly ma iść za nią i ruszyła głównym korytarzem w stronę schodów.
- Pierwszą rzeczą jaką musisz wiedzieć, to to, że nasza szkoła słynie z ciekawości, więc przygotuj się na to, że będziesz zasypywana gradem pytań- zaczęła, wchodząc na schody z wielką gracją.- Po drugie, jak widzisz, subkulturowo jesteśmy dość zróżnicowani, więc jeśli chcesz przetrwać, staraj się omijać emo oraz skinów. Emo od razu znajdą w tobie jakąś wadę, do której się przyczepią a skini...cóż, mogą dość nieprzychylnie podejść do twojej karnacji...
- Nie jestem murzynką!- odparła jej szybko. Jej skóra miała raczej kolor kawy z mlekiem.
- Ale mulatką tak. Dla nich to wszystko jedno, ważne tylko, żeby spałować kogoś i wziąć na glany z byle pretekstu- odpowiedziała. Z tego, co Kelly znała się na skinach (a wiedziała niewiele), Kimberly mogła mieć rację.
Kelly z miejsca zaczęła czuć się jakoś mniej pewnie. W jej byłej szkole większość uczniów była sportowcami, a ci wyznają jednak większą tolerancję do innych grup etnicznych.
- Nie bój się. Jeśli nie będziesz ich zaczepiać, nic Ci nie zrobią- Kimberly od razu zauważyła niepewność w oczach nowej uczennicy.- Kolejna sprawa to to, że jesteś w klasie z Jasonem Blackley'em.
- I pewnie z ponad dwudziestoma innymi osobami. Co ma do rzeczy ten cały Jason?
- To, że ty jesteś nowa, a on napalony. Jeśli nie będzie Cię próbował zaciągnąć do łóżka przez najbliższe kilka miesięcy, to znaczy, że dzieje się z nim coś złego i powinniśmy zacząć się martwić.
To nie dziwiło specjalnie Kelly. Całe życie przebywała wśród bejsbolistów, graczy lacrosse'a i futbolistów, z których co drugi był coraz bardziej napalony, przystojny i rozchwytywany przez panienki. Brett...on też swego czasu był taki, póki nie pojawiła się Kelly, która, można by rzec, przez pierwsze miesiące trzymała go jak psa na obroży. Sportowca trzeba sobie wychować-mówiła jej kiedyś dziewczyna kapitana drużyny bejsbolowej. Tę radę zapamiętała na zawsze. Brett jednak nigdy do końca nie dał się zniewolić. Był jednak mężczyzną z krwi i kości i takie zachowanie stanowczo mu nie pasowało, a chwilami to nawet on zakładał obrożę Kelly.
- Aha...Coś jeszcze?- zapytała, bojąc się odpowiedzi. Ta szkoła była pokręcona, i to bardzo. I niedługo miało okazać się, czy pozytywnie.
- Tak. W skrócie, nabór do drużyny lacrosse'a odbywa się za dwa tygodnie, a szkoła drużyna jest mieszana. Słyszałam, że przyszłaś z liceum sportowego, więc się nie krępuj. Kolejne, nie przejmuj się panem Flowersem, od literatury. Jest dość wymagający i...czepliwy, ale można się pośmiać na jego lekcjach. Pamiętaj też, żeby nie wchodzić do toalety na trzecim piętrze. To właściwie nie toaleta, lecz palarnia. No, chyba, że palisz.
Blondynka skróciła Kelly ogólne zasady szkoły, które, w gruncie rzeczy skomplikowane nie były. Szkoła jak szkoła, nic nowego. Aczkolwiek, Kelly chcąc czy nie chcąc musiała przyznać, że ta szkoła zaczęła powoli nęcić jej ciekawość, jak ser mysz.
- I ostatnie- powiedziała Kimberly, stając przed drzwiami klasy numer 22.- Nigdy nie dotykaj parapetów od spodu. Są poobklejane gumami.
Tego akurat przewodnicząca klasy nie musiała jej mówić. Z kilku nieprzyjemnych sytuacji wiedziała, że tak jest.

2 komentarze:

  1. Samo opowiadanie dość ciekawe, jednak popracuj nieco nad doborem wyrazów ;) w kilku miejscach jest zamęt, przy fragmencie z wejściem i literą U lub sukience ładnie kontrastującej z jej figurą...
    Ale biorę się za kolejny rozdział

    OdpowiedzUsuń
  2. Opowiadanie zapowiada się całkiem w porządku, ale mam dwie malutkie uwagi: po pierwsze, w dialogach i przed myślnikiem powinna być spacja, a po drugie, kiedy ostatnia litera imienia lub nazwiska nie zanika przy jego odmianie, nie dajemy apostrofu (nie Blackley'em a Blackleyem, ponieważ Blackley wymawia się Blaklej, to "j" nie jest nieme i nie znika przy odmianie. Za to np Dumbledore'a, Dumbledore'em, bo "e" nie wymawiamy. ;)).
    Tak poza tym to lecę zobaczyć co kryją w sobie kolejne rozdziały. :D

    OdpowiedzUsuń

Szablon